Syberyjski czum

Syberyjski czum

Kilka metrów zwiniętej żyłki i 2-3 haczyki zapakowane razem do małego woreczka strunowego po przyprawach, zajmują w moim portfelu tyle miejsca co karta do bankomatu. Ale i portfel można stracić, wobec czego dziś o sposobie połowu ryb tak starym, że nawet nie wiadomo gdzie i kto pierwszy z niego korzystał. Mowa o więcierzu.

Metodę tę stosował człowiek jeszcze w epoce kamiennej, choć ze względu na stosowany do wytworzenia więcierza mało trwały materiał – trudno określić jak dawno temu się pojawił w naszej kulturze. Choć co do tej trwałości to taka ciekawostka, w 2015 roku ekipa archeologów podwodnych z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu natrafiła w jeziorze Lednickim na więcierz z przełomu IX – X wieku ze szczątkami ryb w środku. Zachował się tak, gdyż był zagrzebany w mule w atmosferze beztlenowej i dlatego się nie rozłożył, jak każde inne drewno. Z tego co wiem to jedyny taki zabytek znaleziony w trakcie podwodnych badań.

Leśne rzemiosło promo (prostokat)

WIĘCIERZ

Sam więcierz to stożek bądź cylinder (na ogół około 2m) z jednej strony zamknięty, zaś z drugiej zakończony zwężającym się do środka lejkiem z mniejszym otworem pozwalającym rybie swobodnie wpłynąć do środka, ale już uniemożliwiającym wypłynięcie. Często otwór dodatkowo otoczony jest cienkimi badylkami uginającymi się do wnętrza.

 

ZASTOSOWANIE

Jeśli rzeka jest niewielka, można ją częściowo przegrodzić i skierować ryby do naszego więcierza lub wykorzystać okno w jazie.

Na wodzie stojącej (stawy, glinianki , żwirowiska inne oczka wodne) najlepiej umieścić go w strefie przybrzeżnej, gdzieś pod liśćmi lilii wodnej (czy jak kto woli grążela), przy tataraku, pałce wodnej czy innej zieleninie, z wędką tam za dużo nie podziałasz, bo sporo korzeni, a z więcierzem – proszę bardzo, umocujemy do dna dwoma kijami i czekamy (dobrze czymś zanęcić). Metoda równie dobrze się sprawdza pod lodem.

 

JAKIE RYBY ŁOWIMY TĄ METODĄ

Zazwyczaj stosuje się go do połowów węgorzy, łososi, szczupaków, karasi, linów czy leszczy. Doskonała na węgorze (warto na zanętę dać jakiejś nadpsutej padliny). Zimą do łowienia pod lodem np. łososi czy miętusa.

W niektórych opracowaniach przeczytacie, że metoda ta jest stosowana tylko przez kłusowników, ale w wielu gospodarstwach rybnych używa się jej w miejscach, gdzie utrudnione jest przeciągnięcie sieci. Natomiast w niektórych krajach europejskich jest dozwolona na zasadzie ogólnej – wystarczy pozwolenie na wędkowanie (np. w Finlandii po zakupieniu w kiosku czy na stacji benzynowej pozwolenia za 14 euro).

 

CZUM (czasem spotykana nazwa: Czuma)

Osobiście poznałem tę metodę jako sposób wędzenia przez Sybiraków, ale i Indianie północnoamerykańscy stosowali niemal identyczną technikę do suszenia mięsa, więc jeżeli ktoś zna inne nazwy to proszę się nimi podzielić w komentarzach. Sam czum to bliski kuzyn wigwamu z tym, że w niektórych wersjach jako pokrycie służyły tylko gałęzie lub kora i taką wersję zastosujemy do naszego przygotowania ryb.

Dla uproszczenia nasza konstrukcja to cztery żerdzie połączone na planie czworokąta tworzące coś na kształt piramidy, w połowie połączone poprzeczkami, które stanowią oparcie dla platformy, na której położymy większe ryby. Te mniejsze podwiesimy nad nimi na cieńszych gałązkach, do czego przyda się nam kilka dodatkowych patryków przywiązanych w połowie między szczytem, a środkową platformą.

Całość będzie osłonięta gałązkami świerku tak, by czum postawiony nad ogniskiem zachował wewnątrz wysoką temperaturę i niejako zatrzymał dym. Realizując materiał filmowy trafiliśmy w rejon gdzie nie było świerków wobec czego poradziliśmy sobie płatami kory ze zwalonych pni.

Układamy ognisko, które rozmiarem będzie tak dopasowane do podstawy naszej konstrukcji, że gdy będzie się żarzyć to można nad nim ustawić czum nie wstawiając go w ogień. Dobrze wcześniej miejsce postawienia czuma zabezpieczyć kamieniami. Ważne też by nie używać do palenia drewna drzew iglastych, gdyż ich dym sprawi, że mięso będzie cierpkie i niesmaczne – podobnie jak przy klasycznym wędzeniu.

W przypadku obróbki mięs czerwonych, która trwa dłużej, dobrze jest obok przygotować bliźniacze ognisko, które rozpalimy, gdy już czum będzie nad pierwszym. Kiedy żar w pierwszym ognisku wygaśnie to przeniesiemy czum na drugie, by utrzymać temperaturę obróbki mięsa. Przy rybach nie jest to konieczne.

 

OBRÓBKA MIĘSA

Celowo nie używam zwrotu wędzenie czy suszenie, ponieważ obie formy obróbki mięsa można zrealizować w takim wykonaniu, zależnie od rozmiaru naszej konstrukcji i utrzymywanej wewnątrz temperatury. Jak kto się rozpędzi to i ruszt z tego zrobi.

Większe rybki filetujemy i układamy skórą ku dołowi, na niższej platformie, tak by zachować w mięsie jak najwięcej smaku. Oczywiście jeśli mamy możliwość to doprawiamy je do smaku według indywidualnych upodobań. Małe rybki tylko wypatroszymy, nawlekamy na zaostrzoną gałązkę po kilka sztuk i zawiesimy na przymocowanych wyżej patykach. Całość okrywamy i ustawiamy nad żarem. Staramy się nie dokładać, a jeśli to takie ilości drewna by prawie nie było ognia. Zależy nam by rybka bardziej się uwędziła niż upiekła.

W realizowanym materiale dolne rybki niemal się upiekły, a górna warstwa drobnicy była świetnie uwędzona i służyła nam jako wyśmienita przekąska.

 

MIĘSA CZERWONE

W pokazanej metodzie wędzenia można zrobić modyfikacje poprzez zrobienie znacznie wyższego czuma z odsłoniętym dołem pozwalającym na dokładanie małych ilości drewna. Wówczas na głównej platformie możemy zawiesić cienkie paski mięsa i je ususzyć. Oczywiście dymu wówczas tylko tyle by okadzić mięso i odgonić robactwo, a sam proces musi potrwać dobę – za to trwałość mięsa mamy liczoną w miesiącach.

Jeżeli otrzymamy od Was sygnały, że jesteście bliżej zainteresowani tą metodą, to w którymś z kolejnych odcinków pokażemy to szczegółowo, czyli jak ususzyć mięso w terenie.

Życzę smacznego i czekam na Wasze relacje – jak i pomysły.

Tagged , , , .

Artur to niespokojna dusza, która nie potrafi usiedzieć w domowych pieleszach. Zodiakalny "Baran" więc najbliżej mu do wojownika i przewodnika niż stonowanego dżentelmena. Szkolenia i obozy surwiwalowe organizował już w latach dziewięćdziesiątych jako instruktor ZHP, a później instruktor LOK. Jest założycielem klubu "Karkonosz", jednego z pierwszych w kraju klubów instruktorów surwiwalu. Organizator rozlicznych wypraw i spływów o charakterze bushcraftowym. Lubi się uśmiechać i dowcipkować, choć żart ma czasem ciężki jak niedźwiedzia łapa. Artur ma także zalety - umie słuchać i potrafi być dyskretny. Na szlaku uwielbia drzemać, ze swojej niedźwiedziej gwary wychodzi nierzadko przed południem. W redakcji magazynu Leśne Rzemiosło, trzyma pieczę nad tematyką leśnego gotowania, spływów oraz wypraw.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 − trzy =