Pieczenie na kłodzie

Pieczenie na kłodzie

Oglądając programy traktujące o surwiwalu często spotykamy sceny, w których prowadzący zjada na surowo, bądź wręcz na żywca, schwytane zwierzę, owada czy rybę. Patrząc na to odnoszę wrażenie, że to takie popisywanie się ‘po publiczkę’. Za wyjątkiem rozbitków na tratwie, ciężko mi znaleźć sytuację, w której musielibyśmy ryzykować zatrucie pasożytami radośnie żerującymi w organizmach innych zwierząt. A jest w czym wybierać, że wspomnę tylko kilka z naszej szerokości geograficznej: włośnica u dzików, wścieklizna u wiewiórek, żółtaczka u niektórych gryzoni. Wprawdzie sam jestem wielkim miłośnikiem tatara, ale w terenie lepiej poświęcić trochę czasu na obróbkę zdobytego pokarmu, niż ryzykować zatrucie i zmniejszenie szans na przetrwanie do zera.

Dochodzi tu też kwestia naszej kondycji psychicznej, posiłek to nie tylko wzmocnienie ciała, ale i ducha, a smaczny posiłek to +10 do samopoczucia. Czas poświęcony na jego przygotowanie to inwestycja w naszą siłę psychiczną, która jest najistotniejsza w sytuacji, gdy naprawdę musimy walczyć o przetrwanie. Kto uważa inaczej niech poczyta choćby o wyprawie Roberta Scotta na biegun południowy. Czasem wystarczy kubek gorącej herbaty z pokrzyw, leśnych owoców czy gałązek świerku, by nabrać radości życia. Dlatego wśród szkoleń dotyczących rozpalania ognia, budowy schronienia, topografii, pierwszej pomocy itp. … znajdźcie też miejsce na naukę gotowania w terenie.

I tak dochodzimy do naszych steków na kłodzie. W naszym filmie wykorzystaliśmy karkówkę wcześniej zamarynowaną i naszpikowaną czosnkiem oraz papryką, ale metoda równie dobrze sprawdza się z wszelakimi innymi mięsiwami i nie tylko, lecz po kolei:

 

KRÓTKO, JAK PRZYGOTOWAĆ

W słusznej porcji karczku ostrym nożem do filetowania bądź do jarzyn (ja używam taki do jarzyn) zrobić głębokie nacięcie (po prostu wbić głęboko w mięso) i wsunąć w nie ząbki czosnku i paski papryki, takich kieszeni zrobić kilka zależnie od wielkości sztuki mięsa. Całość natrzeć marynatą i zostawić w chłodnym miejscu na 24 godziny (pod przykryciem, bo kot zeżre).

Marynata w najprostszym wykonaniu to pieprz, liść laurowy, majeranek i chili, to wszystko wsypane do oliwy (oleju) i dobrze podgrzane tak, by oliwa przeszła smakiem przypraw, ale nie zaczął się proces smażenia. Po ostudzeniu nacieramy mięso i jak wyżej. Zestaw przypraw i ich ilości pozostawiam do wyboru każdemu wg własnych potrzeb. Zapamiętać tylko, że jeżeli czujecie, iż jeszcze trzeba trochę czegoś (jakiejś przyprawy) dodać, to znaczy, że już jest w sam raz.

Tak, tak, już słyszę te głosy: „ …a skąd cwaniaczku w lesie weźmiesz przyprawy?…” Czosnek niedźwiedzi (mój ulubiony), chrzan, jałowiec, czosnaczek pospolity, szczaw zajęczy itp. Itd. … można by tego wymienić całkiem sporo – odsyłam do publikacji moich kolegów, trochę tego napisali i nie chcę tutaj powielać tematu.

Dodam tylko, że jeżeli mięso owiniecie w świeże liście chrzanu, a środek naszpikujecie korzeniem to taka porcja dłużej pozostanie zdatna do jedzenia i nie zepsuje się tak szybko jak surowe mięso bez przypraw. Już od wieków wiadomo że chrzan ma działanie grzybobójcze i bakteriobójcze. Nawet w kosmetyce ma zastosowania, ale to już inny temat.

Wspomniałem też o czosnku niedźwiedzim – bardzo polecam tym, którzy jeszcze nie mieli okazji skosztować potraw przyrządzonych z jego użyciem. Bo Ci co spróbowali to już są jego fanami. W odróżnieniu od powszechnie stosowanego czosnku pospolitego w czosnku niedźwiedzim aromat jest znacznie delikatniejszy i ma subtelniejszy smak. Przy okazji nie mamy z ust tego, charakterystycznego dla czosnku pospolitego, zapachu po spożyciu. Do potraw używamy liści i łodyg rośliny, najlepiej zerwanych przed kwitnieniem. By mieć zapas na dłużej można suszyć czy zakisić (kiszone łodygi czosnku niedźwiedziego – prawdziwy rarytas).

Niemniej UWAGA – łatwo pomylić liście czosnku niedźwiedziego z konwalią majową, a po potrawie obficie przyprawionej tym drugim moglibyśmy się nie obudzić, więc na początek lepiej jak będzie z Wami ktoś bardziej obeznany w temacie. Przy czym w mojej skromnej ocenie – tego zapachu nie da się pomylić. Jak liścia nie czuć czosnkiem to nim nie jest i go nie ruszamy.

 

KŁODA TO TEŻ MOŻE BYĆ MAŁY PROBLEM

O ile kawał pnia to nie jest wielki problem jak ma się siekierę czy piłę (a czasem nawet z wiatrołomu coś się znajdzie) o tyle zrobienie z tego połówki kłody jak na filmie, już może sprawić kłopot. Odradzam przerąbywanie siekierą, bo łatwo o uraz, czy żmudne przecinanie piłą wzdłuż belki. Wystarczy wyciąć z innego kawałka drewna odpowiednie kliny do rozłupywania, a jak to zrobić zapraszam do artykułu z filmem instruktażowym naszego speca, który znajdziecie tu: klik

Na filmie widać jak wbijam kołki w kłodę, zapomniałem wspomnieć (za co przepraszam), by kołki od strony, która będzie wbijana w kłodę, były naostrzone na płasko (lepiej wejdą między włókna drewna) a od strony, na którą będą nabijane porcje mięsa – na okrągło.

 

TUŻ PRZED PIECZENIEM

Krojąc mięso na plastry grubości około 3cm należy pamiętać, by powyciągać zeń czosnek, który mógłby się zbytnio przypiec i zrobić gorzki (podobnie jeśli użyliśmy korzenia chrzanu). Ja mam w zwyczaju całe ząbki czosnku ułożyć na kamieniu przy ognisku i osobno je upiec (krótko tak, by tylko zmiękły). Same porcje mięsa warto najpierw naciąć nożem w środku, w miejscu gdzie mają być nabite na kołek.

Na filmie posypuję kłodę przyprawami, ale polecam poukładać gałązki jałowca pod porcje mięsa, tylko przypilnować by się nie zapaliły (niestety w okolicy, gdzie kręciliśmy odcinek, o jałowcu można tylko pomarzyć).

 

OGNISKO

Jak wspomniałem w filmie – najlepiej z drewna drzew liściastych. Na potrzeby pieczenia ustawiliśmy osłonę z kamienia, by więcej ciepła było kierowane na kłodę z pieczystym. Można też rozpalić ognisko typu ‘nodia’, które samo w sobie spełni funkcję takiego ekranu i dodatkowo nas ogrzeje. Bardzo polecam, gdy planujecie tam nocować pod jednospadowym szałasem.

Koniecznie też trzeba poświęcić chwilę na ułożenie kamieni, na których będzie spoczywać nasza kłoda i wcześniej przymierzyć czy pewnie się trzyma – nie chcemy naszego wspaniałego pieczystego widzieć w ognisku tylko dla tego, że belka się przekrzywiła. Przy braku kamieni proponuję wbić w ziemię przy ognisku po dwa kołki z boków ogniska, między które wsuniemy kłodę, naturalnie w takim odstępie, by nie zajęły się od ognia.

Oczywiście możliwy też jest wariant ‘ogródkowy’ – czyli zamiast drewna mamy brykiet lub węgiel drzewny. Tylko błagam najpierw rozpalcie i uzyskajcie porcję żaru, a dopiero później układajcie kłodę, chyba, że ktoś lubi smak podpałki do grilla.

 

PIECZENIE

Częstym błędem jest pośpiech i palenie dużego ognia. Efektem jest spalone mięso z wierzchu i surowe w środku. Lepiej, gdy ogień jest na tyle oddalony, że daję część ciepła, a właściwe pieczenie odbywa się dzięki powstałemu żarowi, który na bieżąco podsuwamy bliżej kłody. Dzięki temu możemy lepiej kontrolować temperaturę pieczenia dodając bądź odsuwając porcje żaru. W miarę pieczenia przekładamy kłodę góra-dół i jak się steki podpieką z jednej strony to na chwilę ściągamy kłodę i przekładamy porcje mięsa na drugą stronę. Jak zbytnio nam się zaczną przypiekać to można odrobinę podlać mięso, tak jak to robimy w przypadku grilla.

Jak ktoś lubi eksperymentować to w taki sam sposób można upiec jabłka czy podpłomyki. Osobiście w najbliższym czasie planuję wykorzystać tę metodę do wykonania w terenie rewelacyjnego przepisu na racuszki z jabłkami jaki wyczytałem z książki mistrza kuchni Pana Adama Gesslera. Oczywiście umieścimy krótki film z tego, co by niektórym ‘smaka’ narobić.

Cóż, to tyle, jeśli chodzi o tę metodę przygotowania posiłku. Z pewnością nie wyczerpałem tematu tym krótkim artykułem, ale gdybym chciał uwzględnić wszelkie warianty to musiałbym kolejną pracę magisterską napisać. Niemniej osobom zainteresowanym obiecuję odpowiedzieć na wszelkie pytania jakie pojawią się w komentarzach.

I przede wszystkim: Zapraszam do obejrzenia filmu i życzę powodzenia z własnym pieczeniem na kłodzie – pochwalcie się jak Wam wyszło. Pozdrawiam – wiecznie zaspany Dźwiedź (kiedy to piszę jeszcze jest zima).

Tagged , .

Artur to niespokojna dusza, która nie potrafi usiedzieć w domowych pieleszach. Zodiakalny "Baran" więc najbliżej mu do wojownika i przewodnika niż stonowanego dżentelmena. Szkolenia i obozy surwiwalowe organizował już w latach dziewięćdziesiątych jako instruktor ZHP, a później instruktor LOK. Jest założycielem klubu "Karkonosz", jednego z pierwszych w kraju klubów instruktorów surwiwalu. Organizator rozlicznych wypraw i spływów o charakterze bushcraftowym. Lubi się uśmiechać i dowcipkować, choć żart ma czasem ciężki jak niedźwiedzia łapa. Artur ma także zalety - umie słuchać i potrafi być dyskretny. Na szlaku uwielbia drzemać, ze swojej niedźwiedziej gwary wychodzi nierzadko przed południem. W redakcji magazynu Leśne Rzemiosło, trzyma pieczę nad tematyką leśnego gotowania, spływów oraz wypraw.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

10 − 1 =